WYCIECZKI 2000/2001
Zbiórka na dworcu PKP wcześnie rano. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień. Panie: M.Gąsior, B. Pawełczyk i S. Kulak już czekają na nas. Jeszcze nie ma wszystkich uczestników. UFF!! Pięć minut przed odjazdem pociągu wszyscy są. Jedziemy na peron. Rowery trzeba znosić i wnosić po schodach, ale co to dla nas bikerów. Pociąg do Zwardonia, "Rachowiec" już odjeżdża, w pociągu tłok, ale nam to nie przeszkadza. Mamy młode nogi i możemy stać.
Zwardoń. Wysiadamy i "wywalamy" nasze rowery. Wszyscy już chcą jechać.
Ruszamy w stronę przejścia granicznego przez Myto. Po paru minutach zaczyna być ostro z góry. Pani jadąca na czele ostrzega, żeby jechać w odstępach przynajmniej 5-metrowych. Niektórzy jednak nie dostosowują się do tego. Jednym z nich był Paweł, który zaliczył "spotkanie trzeciego stopnia" z płotem na zakręcie. Tłumaczy się, że na jezdni był żwir, co w połączeniu z prędkością zakończyło się nieciekawie: nos obdarty, najmniejszy palec go boli ( potem okazało się, że złamany). Panie udzielają pierwszej pomocy poszkodowanemu i Paweł dzielnie postanawia jechać dalej.
Dojeżdżamy do przejścia granicznego. W kolejce ustawiamy się razem z samochodami. Kierowcy patrzą na nas dziwnie. Celnik nie chce wstawić pieczątek do paszportów, a chcieliśmy mieć pamiątkę. Ale może się uda, gdy będziemy wracać. No nareszcie! Jesteśmy za granicą!!!
Zjazd za granicą jest taki ostry, że pani Gąsior znów ostrzega. "Najmądrzejsi" suną jednak na złamanie karku i wyprzedzają innych. To niebezpieczne, bo jesteśmy na drodze, którą jeżdżą też samochody. Pani zatrzymuje wszystkich i "mówi" , co o tym myśli. Wszystkim się dostaje za szaleńczą jazdę. Ruszamy dalej. Teraz już bocznymi drogami przez doliny i przełęcze i docieramy do Oscadnicy. Naszym celem jest dolna stacja wyciągu krzesełkowego na Wielką Raczę. Docieramy tam i nagle okazuje się, że nie ma ...Pawła. Zgubił się! Ale uratowało go to, że zimą był już w tej okolicy na nartach i wreszcie dociera do grupy.
W drodze powrotnej mamy "odcinek specjalny"- długi i stromy podjazd, jazda w trudnym terenie- teraz rozumiemy co to znaczy sprawny technicznie rower i niezła kondycja. Rozpoczyna się z kolei stromy zjazd, a Marcinowi Z. "siadają" hamulce. W niezwykle dziwny sposób, hamując butami, asekurowany przez panią jadącą tuż przed nim, dociera wreszcie na dół. Pada pytanie: "Nie będzie już więcej zjazdów?" A pół godziny wcześniej Marcin razem z innymi marzył o tym, żeby było "w dół". To nie koniec wrażeń. Kilka kilometrów dalej Marcinowi rozsypuje się przerzutka. A czasu nagle robi się coraz mniej- musimy zdążyć na pociąg ze Zwardonia. Szybka i bardzo fachowa pomoc techniczna Roberta umożliwia Marcinowi dalszą jazdę.
Po drodze robimy ostatnie zakupy na Słowacji i uzupełniamy zapasy glukozy zużytej podczas wycieczki. Jeszcze ostatni wysiłek- morderczy podjazd i jesteśmy na granicy. Niestety, odprawia nas ten sam celnik- możemy zapomnieć o pieczątkach w paszportach. Ostatni odcinek do Zwardonia już znamy. Nasz pociąg już stoi, teraz trzeba zapakować się jakoś razem z naszymi "rumakami". W Tychach już ciemno. Zakładamy "lampiony", żegnamy się i ...do domu. Wycieczka była super!!!!!!
Zebrała się nas spora grupa chętnych na tą wycieczkę. Ruszyliśmy tradycyjnie spod dworca w Tychach, ale tym razem autokarem. Pogoda nie nastrajała optymistycznie- ciemne chmury, z których co chwilę leciało coś mokrego, mgła i wcześniejsze zapowiedzi synoptyków, że na południu będzie padać. To wszystko towarzyszyło nam w drodze z Tychów do Podzamcza koło Ogrodzieńca.
Dojeżdżaliśmy właśnie na miejsce, gdy nagle nastąpił cud- mgła ustąpiła i pokazało się najprawdziwsze słońce. Znaleźliśmy się w miejscu otoczonym gęstą mgłą, ale u nas było pięknie. I tak już zostało do końca dnia.
Teraz podzieliliśmy się na dwie grupy: turystyczną i wspinaczkową. Turyści wysiedli z autokaru i pod opieką pań, Emanueli Wac i Bożeny Dudek udali się zwiedzać zamek, a właściwie jego ruiny. Zamek w Ogrodzieńcu jest jednym z ciekawszych na szlaku Orlich Gniazd. Niesamowite wrażenie robi to, że jest zbudowany na wysokich skałach wapiennych. Oczywiście spenetrowaliśmy każdy fragment zamku, wleźliśmy wszędzie, gdzie tylko się dało. Po dłuższym odpoczynku ruszyliśmy szlakiem turystycznym przez wzgórza, łąki i lasy w kierunku Ryczowa. Tam, na Straszykowej Górze spotkaliśmy się z resztą ekipy.
Grupa wspinaczkowa pod okiem pani Marzeny Gąsior oraz instruktorów z Gliwickiego Klubu Wysokogórskiego (doświadczeni wspinacze i szkoleniowcy: Krystyna Czok, Joachim Czok, Jan Gąsior, himalaista Janusz Baranek) próbowała swoich sił we wspinaczce skałkowej. Nasi koledzy poznawali techniki pokonywania różnych formacji skalnych, sposoby asekuracji oraz uczyli się korzystać ze sprzętu wspinaczkowego. To dostarczało ogromnie dużo emocji. Oni byli już "mądrzy", gdy reszta wycieczki do nich dołączyła. Chętni "turyści" też mogli spróbować swoich sił i powspinać się "na wędkę". To jeszcze nie był koniec emocji: teraz już wszyscy razem uzbrojeni w latarki i przebrani w "jaskiniowe" stroje zaatakowali pobliską jaskinię- tym razem pod wodzą speleologa Jana Gąsiora. Wejście do niej nie było takie proste- część początkowego korytarza to bardzo wąski tunelik. Aby go pokonać trzeba się było przeczołgać po bardzo mokrym i błotnistym spągu (spąg to "podłoga" jaskini). Potem już łatwiejsza wędrówka typowym jaskiniowym korytarzem. Tu widać było ślady jak woda wymywała i tworzyła podziemne korytarze. Przy okazji dowiedzieliśmy się sporo o krasie i procesach, które mu towarzyszą.
Po wyjściu na światło dzienne przedstawialiśmy dość ciekawy widok- ciekawe miny miały też nasze mamy, gdy ujrzały po powrocie naszą garderobę.
Czas minął w ekspresowym tempie, teraz już tylko powrót do domku. A kiedy będzie kolejny taki wyjazd???
O godzinie 7:15 wyjechaliśmy z Tychów do Wilkowic- Bystrej, stamtąd szliśmy piechotą na Klimczok. To nie była łatwa droga - cały czas pod górę. W schronisku nastąpił odpoczynek, zjedliśmy część naszych zapasów, a potem udaliśmy się na Błatnią przez szczyt Klimczoka, Trzy Kopce, rezerwat przyrody "Stok Szyndzielni".
Gdy byliśmy na miejscu ok.godz. 18:00 pani Emanuela Wac i pani Marzena Gąsior przydzieliły wszystkim uczestnikom wycieczki pokoje. Jak się okazało w schronisku nie byliśmy sami, oprócz nas była tam także grupa harcerzy. Zostaliśmy przez nich zaproszeni na ognisko, które zaczęło się o godz.22:00. Było to typowe harcerskie ognisko, ze wszystkimi zwyczajami, gawędami i zabawami. Wysłuchaliśmy wielu opowieści o drużynie, zapoznaliśmy się z regułami harcerskimi.
Na strażnika ogniska wybrany został nasz kolega, Michał Faltyn- w nagrodę, bo wyróżnił się w tym dniu (pomógł nieść ciężki plecak naszej koleżance). Jego zadaniem było pilnowanie ognia, żeby nie zgasł, a przy tym nie mógł nic mówić. Po ognisku poszliśmy spać, ale harcerze obudzili nas w środku nocy i zaproponowali nam zabawę w świetliki. Na początku nikt nie był zadowolony z tego pomysłu. Bo było bardzo zimno, ale później każdy cieszył się z tej zabawy.
Po całej nieprzespanej nocy czekała na nas jeszcze długa droga do pokonania. Na dworcu PKP spotkaliśmy naszych znajomych z Błatnej zrobiliśmy sobie z nimi kilka pamiątkowych zdjęć. Tak się złożyło, że harcerze jechali w tym samym pociągu co my. Zdążyliśmy się zaprzyjaźnić z niektórymi osobami z drużyny. Gdy znaleźliśmy się w Tychach musieliśmy pożegnać się z harcerzami.
Na dworcu podziękowaliśmy naszym opiekunom (pani Emanueli Wac, pani Marzenie Gąsior ) i rozeszliśmy się do domów. Wszyscy mamy nadzieję, że zorganizowana zostanie jeszcze jedna taka wycieczka.
Tym razem pogoda okazała się kompletnie nieżyczliwa dla naszych ambitnych planów. A chcieliśmy jechać do Chełma Śląskiego. Tymczasem lało jak z cebra i na miejscu zbiórki zjawiło się zaledwie dwóch młodych rowerzystów, za to tak bardzo pragnących jechać, że opiekunowie nie mieli siły odwołać imprezy. Wybrany więc został wariant pośredni: jedziemy, ale nie aż tak daleko, tylko do Lędzin. A ponieważ na basenie jest równie mokro co na dworze, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby trochę popływać. Decyzja została podjęta, więc w drogę.
Oczywiście nie jechaliśmy najkrótszą drogą, lecz przez Paprocany, Cielmice i Bieruń. W okolicy Łysiny przestało trochę padać, więc zatrzymaliśmy się tu na chwilę odpoczynku.
Do Lędzin dojechaliśmy w stanie dość zabłoconym, ale prysznic na basenie i kąpiel w cieplutkiej wodzie podziałały na nas kojąco. Czas było ruszyć dalej. Czekał nas podjazd na Klemensową Górę. Tu znów krótki postój, zwiedzanie zabytkowego kościółka, panorama Tychów i okolic. Teraz zjazd. Postanowiliśmy, że pojedziemy na skróty. Początkowo polną drogą, miedzami jakoś posuwaliśmy się w pożądanym kierunku, ale w pewnym momencie pojawiły się jakieś dziwne ogrodzenia, chaszcze i wreszcie mocno zarośnięta, nigdy chyba nie koszona łąka. Zaczynało robić się szaro, zbliżał się wieczór. Nawet się wypogodziło i mogliśmy podziwiać zachód słońca. Gdy dotarliśmy wreszcie do znanych terenów było już całkiem ciemno i końcówkę drogi pokonaliśmy przy świetle rowerowych lampek.
Należy pochwalić obu uczestników dzisiejszego wyjazdu- ich zaangażowanie, ambicję, a także dobre przygotowanie. Po raz pierwszy byli na szkolnej wycieczce rowerowej, ale chyba nie po raz ostatni.
I znów wypad w góry. Tym razem cel bardziej ambitny- Pilsko, drugi pod względem wysokości szczyt w Beskidach.
Jedziemy pociągiem do Żywca, tam przesiadka na autobus, który zawozi nas do Korbielowa. Niektórzy znają te rejony z wyjazdów narciarskich. Teraz czeka nas długie podejście na Halę Miziową. Gdy wychodzimy z lasu wszyscy zaczynają się błyskawicznie ubierać- mróz i lodowaty wiatr dają się we znaki. A nie wierzyliśmy, że w góry zawitała już zima! Idziemy ogrzać się i odpocząć w schronisku. Jest to stary barak, w którym tłok panuje ogromny- nie ma nawet gdzie usiąść. A tuż obok stoi już prawie gotowy budynek nowego schroniska. Właśnie kończy się jego budowa. Ciekawe, kiedy będzie czynne?
Udaje nam się trochę odpocząć i ogrzać, ruszamy więc dalej. Ostre podejście na szczyt Pilska- trzeba uważać, bo szlak jest miejscami mocno oblodzony. Pod samym szczytem tracimy widoczność- dopada nas mgła, a po chwili zaczyna sypać śnieg. Na szczycie jest bardzo zimno, robimy pamiątkowe zdjęcie i na dół. Musimy się spieszyć, bo teraz szybko robi się ciemno, a nas czeka jeszcze kawałek drogi- nocujemy na Hali Rysiance. Trasa jest piękna, na zmianę pojawiają się to chmury, to wygląda słońce. Widoki super. Tempo szybkie, choć zaczynamy być zmęczeni.
Tuż przed zmrokiem docieramy do schroniska. Po krótkim odpoczynku i kolacji postanawiamy wypróbować nasze latarki- byliśmy przygotowani na wędrówkę po ciemku. Teraz idziemy do sąsiedniego schroniska na Hali Lipowskiej. Całkiem przyjemne jest takie nocne wędrowanie, choć dużo trudniej znaleźć szlak. Kończymy pierwszy dzień wycieczki.
Rano pakujemy się i ruszamy dalej. Wszyscy myśleli, że teraz to już tylko na dół. Ale oczywiście czekała nas niespodzianka. Najpierw trzeba było wejść na szczyt Romanki. To piękna góra z rezerwatem przyrody. Jakoś tak dziwnie się złożyło, że troszkę pobłądziliśmy i poczuliśmy górski las dość dokładnie pod swoimi stopami. Udało się dojść do właściwej drogi, wędrówka na szczyt i możemy rozpocząć zejście.
I teraz okazało się, że zejście wcale nie musi być łatwiejsze od podejścia. To z Romanki było trudne, długie, strome, a miejscami nawet niebezpieczne (trawersy przez żleby). Szlak prowadzący do Węgierskiej Górki był naprawdę długi, ale bardzo piękny i urozmaicony. Odpocząć można było na Słowiance.
Kolejne ciekawe miejsce, już w samej Węgierskiej Górce, to pomnik- bunkier z czasów wojny. Wreszcie docieramy na dworzec kolejowy. Do przyjazdu pociągu mamy jeszcze trochę czasu. Jesteśmy głodni, ale w pobliżu dworca nie ma oczywiście miejsca, gdzie można by było kupić coś do jedzenia. Przed nami ostatni etap- koleją. I tak zmęczeni, głodni, ale pełni wrażeń, docieramy do domów.
Nareszcie udało nam się tej zimy pojeździć na nartach na prawdziwym, porządnym śniegu. Do tego wyjazdu przymierzaliśmy się od początku zimy, ale niestety wciąż nie dopisywały warunki. Ale tym razem się udało. I wszystko nam sprzyjało- autokar przyjechał punktualnie (jechaliśmy z zaprzyjaźnioną grupą innych narciarzy), na przejściu granicznym w Cieszynie odprawiono nas przyzwoicie (nie było przed nami autokaru ukraińskiego), no i naprawdę było dużo śniegu.
Ośrodek narciarski w Oszczadnicy położony jest na zboczach Wielkiej Raczy, po stronie słowackiej. Jeden wyciąg krzesełkowy i liczne orczyki, różnorodne trasy, długo utrzymujący się śnieg- to wszystko sprawia, że jest to jeden z ciekawszych ośrodków narciarskich w Beskidach. Jeszcze do niedawna mało znany wśród Polaków, ale ostatnio i tu niestety dociera coraz więcej ludzi i przy wyciągach tworzą się kolejki.
Mimo to pojeździliśmy nieźle. Wypróbowaliśmy wszystkie wyciągi i trasy. Nawet dziewczyny, które tak na dobre zaczęły jeździć w tym sezonie, świetnie sobie radziły i dotrzymywały tempa. Prawie nikt się nie zgubił.
Wróciliśmy tylko znacznie później niż zwykle, bo zaczął padać silny deszcz i kierowca jechał bardzo ostrożnie, a i na granicy opuściło nas szczęście- ukraiński autokar przed nami to niełatwa przeszkoda do ominięcia.
Ale najważniejsze, że pojeździliśmy na nartach.
Tym razem marsze na orientację zorganizowano w lasach w okolicach Gliwic.
Podzieliliśmy się na kilka drużyn, każda dostała mapę i kartę do zaliczania poszczególnych punktów. Przed startem jeszcze kilka wyjaśnień przekazanych przez organizatorów i w drogę.
Takie marsze to naprawdę super zabawa. Trzeba wykazać się umiejętnością czytania mapy, wyznaczania azymutów, kierunków w terenie, szukania punktów charakterystycznych i dodatkowo niezłą kondycją, bo im szybciej dojdziemy do mety, tym lepiej. Oj, niejednemu już udało się pobłądzić. Ale czas mijał szybko, część z nas całkiem nieźle poradziła sobie z zadaniami i tylko patrzeć, a już trzeba było zbierać się do drogi powrotnej. Postanawiamy, że na następnej takiej imprezie powalczymy o pierwsze miejsca.
Wyruszamy rano o godz. 9.30 spod szkoły (Gimnazjum nr 1). Jedziemy kawałek przez miasto, ale szybko wjeżdżamy do lasu i teraz nasz trasa prowadzi leśnymi duktami. Oczywiście wiąże się to z atrakcjami typu: błoto, kałuże, dziury i kamole.
Ale nam to nie przeszkadza (za bardzo). Pierwszy postój w Hamerli- to położona w środku lasu siedziba koła łowieckiego "Daniel". Tu podejmujemy decyzję, aby zaplanowane zwiedzanie rezerwatów przyrody w Murckach i Ochojcu przełożyć na inny termin, a teraz ruszyć w dłuższą drogę- do Chełma Śląskiego. Już raz tam się wybieraliśmy, ale pogoda zniweczyła nasze plany (lało jak z cebra). Dzisiejsza ekipa wykazuje się dużą mocą, więc postanowienie podjęte i ruszamy dalej.
Na najbliższych kilometrach czekają nas zagadki, którędy jechać- szlaki na naszej mapie nie zgadzają się z oznaczeniami w terenie. Co ciekawsze nasz szlak ma w zasadzie kolor żółty, ale czasem dla zmyły pojawiają się znaki czarne. Jedziemy na wyczucie i udaje nam się zachować właściwy kierunek. Dojeżdżamy do Hołdunowa, a stamtąd tylko trochę błądząc docieramy do Chełma (odpoczynek przy sklepie) i dalej aż nad zbiornik Dziećkowice.
Po pogawędkach z miejscowymi łabędziami ruszamy w drogę powrotną, tym razem przez Bieruń Stary (oglądamy rynek, zabytkowy drewniany kościółek, jemy lody). Zaglądamy też nad zbiornik Łysina, wokół którego prowadzi "odcinek specjalny". Oczywiście go zaliczamy i pędzimy przez Cielmice do bliskich już Paprocan. Teraz jesteśmy już prawie w domu. Ostatnie kilometry i pora się pożegnać- "Do następnej wycieczki!"
Jak zwykle ruszamy spod szkoły. Bardzo szybko docieramy do Hamerli. Tu tradycyjny postój. Niektórzy są po raz pierwszy na takiej szkolnej wycieczce, a większość ma się spotkać w czasie wakacji na obozie rowerowym. Dzisiaj jest okazja aby się poznać. Dokonujemy wzajemnej prezentacji. Po chwili mylą nam się już wszystkie imiona.
Jedziemy dalej. Pierwszym naszym celem jest rezerwat przyrody "Las Murckowski". Szlak prowadzi wąskimi, zarośniętymi ścieżynkami (Damian wpada do rowu z błotem!), wreszcie wyjeżdżamy na szerszą "drogę", ale za to jest mocno pod górę. Niektórzy pchają swoje rowery. Jesteśmy w sercu rezerwatu, na zboczach Wzgórza Wandy. Dookoła potężne buki. Rezerwat ten chroni naturalne 150-220- letnie drzewostany bukowe i wiele pomnikowych okazów dębów (pozostałość Puszczy Śląskiej). Utworzony został już w 1953r. Teraz i my czujemy się jak w prawdziwej puszczy. Niektórzy po raz pierwszy widzą bukowe orzeszki.
Dalsza droga prowadzi ostro w dół. Pędzimy do Wesołej i zatrzymujemy się na dłuższy odpoczynek nad zbiornikiem wodnym, w ośrodku wypoczynkowym. Nasi koledzy nie są jednak zmęczeni- znaleźli sobie rozrywkę w postaci karkołomnych zjazdów z pobliskiej hałdy. Pani pozwala zjeżdżać tylko tym, którzy mają kaski.
Teraz ruszamy w stronę Murcek (tu krótka przerwa obiadowa) i dalej do Ochojca. Kolejne spotkanie z przyrodą, tym razem w rezerwacie "Ochojec". Jest to bardzo malownicze miejsce- leży w dolinie Ślepiotki, dopływie Kłodnicy. Nad potokiem, który miejscami tworzy interesujące rozlewiska, rozwinął się płat lasu łęgowego z pomnikowymi okazami 100-letnich olch. Jedziemy wzdłuż potoku i docieramy do nowo utworzonej trasy rowerowej. Nie jest ona zaznaczona na naszej mapie, więc pytamy przypadkowo spotkanych ludzi, czy dojedziemy nią do Kostuchny (to nasz kolejny cel). Słyszymy odpowiedź, że chyba tak, więc ruszamy. Droga jest piękna, ale coś nam w pewnym momencie nie pasuje- dojeżdżamy do punktu, z którego nie bardzo możemy przemieszczać się w pożądanym kierunku. Droga kończy się nagle w gąszczu leśnym i dalej nie ma nawet wąziutkiej ścieżynki. Musimy wracać i znacznie nadkładać drogi. Wreszcie jesteśmy w Kostuchnej.
Jedziemy szlakiem turystycznym w kierunku Tychów, skrajem lasu. Nagle okazuje się, że nie ma wśród nas Marcina!!!!! Gdzie jest Marcin? Wyparował? Przecież jechał w środku grupy, a na samym przedzie i na końcu cały czas jechali opiekunowie. Ktoś mówi, że w Kostuchnej Marcin jeszcze na pewno był. Szybko część z nas wraca do Kostuchnej i urządzamy poszukiwania. Po wywiadach i naszych domysłach odtwarzamy prawdopodobny kierunek jazdy Marcina- sądzimy, że pojechał w stronę Tychów, ale nie szlakiem turystycznym przez las, tylko drogą asfaltową.
Pani Gąsior jedzie za nim, a my kontynuujemy naszą trasę. Okazuje się, że nasze przypuszczenia były słuszne, potwierdziła je pani Gąsior pytając o Marcina różne napotykane osoby. Marcin nas wyprzedził i wystraszony pędził prosto do domu. Rzeczywiście odłączył się od naszej grupy w Kostuchnej- tam się zatrzymał, bo spadł mu łańcuch. Myślał, że wszyscy go już wyprzedzili i wystraszony starał się nas dogonić. Tymczasem za nim jechało jeszcze kilka osób, które też się na chwilę zatrzymały. Na tym odcinku było kilka zakrętów, więc nie wszyscy dobrze się nawzajem widzieli.
Po takich doświadczeniach Marcin na obozie był bardzo czujny i nigdy się nie zgubił! (dop. po powrocie z obozu). Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.